sobota, 11 sierpnia 2012

Banana Muffins?!

Zeszłyśmy po cichu na dół, ze schodów przekradłyśmy się do kuchni i stamtąd przyglądałyśmy się jak Damaris rozmawia z przygłupami. Layla była na samym dole, na niej położyła się Ernie, potem ja, a nad nami stanęła Casie. 
- Dzień dobry ! Jesteśmy Twoimi nowymi sąsiadami. Robimy zapoznanie i chodzimy, aby przywitać się z innymi. - usłyszałam jak wymówili to równocześnie. Nagle Ernie złapała mnie za pośladki, więc chcąc nie chcąc cicho jęknęłam. 
- Co to było? - zapytał jedyny blondyn w tej paczce, wychylając się za swojego kolegę w koszuli w kratę.
- Ale, że co? - zapytała, udając że nie wie o co mu chodziło. Już wiedziałyśmy, że nie chce żeby chłopcy poznali nas teraz. Zdawała sobie sprawę, że ja, Layla i Ernie nie za bardzo paliłyśmy się na tą znajomość. Korzystając z okazji, że Dam zagadywała przygłupów, cichuteńko na paluszkach przekradłyśmy się na schody i wyżej każda do swojego pokoju. W drodze ustaliłyśmy, że zaraz zbierzemy się u Ernie, bo uważamy ją za grupowego dzieciaka, bo ma farbki i kredki. I lubi kolorowanki. Upięłam swoje włosy w luźnego koka i założyłam bokserkę i szorty w wojskowe wzory. Wybiegłam z pokoju i weszłam do Ernie jako ostatnia. Każda z nas była ubrana podobnie, w wojskowe wzory... Nawet Casie ! Pomalowała nam twarze, każdej w inny sposób. Casie miała plamy, jak jakaś krowa, Layla namalowane skrzyżowane włócznie na lewym poliku, Ernie namalowała sobie wściekłą buźkę, a ja zażyczyłam sobie po dwa zwykłe indiańsko-wojenne paski. Podzieliłyśmy się na grupy. Ja z Ern, a tamte dwie, razem. Domalowałyśmy jeszcze białe poduszki (jako wojenne bronie) i znowu przekradłyśmy się do ogrodu. Nie przemyślałyśmy tego dokładnie... Z salonu był widok na nasz ogród, a w salonie była cała reszta. A co tam ! Pobiegłam w mojej dwuosobowej grupie za huśtawkę, która stała przy płocie. Uklęknęłyśmy i czekałyśmy na naszych wrogów. 
- WYPCHAJCIE SIĘ TYMI PODUSZKAMI ! - wrzasnęła na cały głos Layla - DO ATAKU ! 
Biegły szybko w naszą stronę, a my nie zdążyłyśmy nawet obmyślić jakiegoś planu. Wyskoczyłyśmy i również pobiegłyśmy w ich kierunku. Okładałyśmy się jak głupie, na zmianę, każda w każdą, bez reguł. Czułyśmy na sobie ICH wzrok, ale teraz to było nie ważne. You Only Live Once. Moje dzisiejsze motto. Jutro pewnie wymyślę sobie jakąś bzdurę... Ale własne motto życiowe to już postęp w rozwoju umysłu.
- Ej czemu mnie nie zaprosiłyście! - krzyknęła oburzona Damaris z otwartych drzwi do przeszklonego salonu. Przerwałyśmy naszą małą wojnę i odkrzyknęłyśmy :
- Bo nie jesteś godna ! - i wznowiłyśmy potyczkę.
- Mam muffiny bananowe. - dodała zachęcająco.
- I? - odpowiedziały we trzy. Tylko ja odsunęłam się kilka kroków do tyłu. Rozkminiałam jeszcze przez chwilę zanim dotarł do mnie sens jej słów.
- Banana Muffins?! - krzyknęłam i pobiegłam w jej stronę. Przedarłam się przez tłum gapiów i wbiegłam do kuchni. Zaczęłam jak opętana przeszukiwać wszystkie pięć toreb na zakupy. W pierwszej znalazłam bułki, chleb, mleko, mięso i ser żółty. Druga była zapchana napojami, a trzecia owocami i warzywami. Kiedy zaczęłam przekopywać się przez czwartą, wreszcie znalazłam to czego tak zachłannie pragnęłam. Sześć lekko złotych, zarumienionych bananowych babeczek. Z kawałkami czekolady. Pyychaaa ! 
- Jezu dziewczyno ! Coś Ty zrobiła z moją kochaną kuchnią ! - jęknęła Casandra.
Każda z nas ma jakiś ukryty talent.
Ernie - pięknie rysuje, zdecydowanie w przyszłości powinna być artystką.
Casandra - świetnie gotuje, potrawy wychodzą jej już za pierwszym razem, niebo w gębie.
Layla - potrafi nieźle tańczyć, szybko opanowuje takie ruchy, o jakich my możemy pomarzyć.
Damaris -gra na różnych instrumentach, od gitary, aż do dudów.
A ja, biedna mała Nike - czarna owieczka, nie mogąca znaleźć hobby, chociaż dziewczyny wspominały o śpiewie.
- Gdybyś zaczęła używać swoich szarych komórek... - zaczęła.
- Ranisz mnie. Szlachta nie ma szarych komórek. Szlachta ma srebrne komórki. - odpowiedziałam z naciskiem na srebrne.
- Och ! Zranić Ciebie? Nieugiętą, zawsze twardą Nike Caramell? Proszę Cię, to niemożliwe ! - mówiła tak sarkastycznie, że aż naprawdę zabolało.
- Sądzisz, że nie mam uczuć? - odrzuciłam muffiny na blat i podeszłam do niej patrząc jej prosto w oczy, chociaż byłam od niej prawie o głowę niższa. Do moich oczu napływały łzy.
- Tak, tak sądzę. - rzuciła wściekle. Nie sądziłam, że moja PRZYJACIÓŁKA może być aż tak jadowita.
- Uuuu... Poleeeeeje się kreeeew. - szepnęła do reszty Ernie odsuwając ich troszkę do tyłu.
- Wiesz czemu się tu z wami wprowadziłam? - zapytałam znienacka.
- Zaskocz mnie! - uniosła ręce do góry.
- Parce que je crois que vous tous. Et ma confiance ne vient pas rapidement. Pratiquement impossible de l'obtenir. Vous ne savez pas comment tu me fais mal. Je vous ai aimés, et maintenant ... Je vous hais. - wypaliłam i opuściłam kuchnię. Tylko Ernie oprócz mnie zna francuski.
- Ale Ci pocisnęła kochana. - wypaliła Ern.
- Co powiedziała? - odwróciła się zaskoczona, bliska płaczu.
- Bo miałam do was wszystkich zaufanie. A mojego zaufania nie zdobywa się szybko. Praktycznie nie da się go zdobyć. Nawet nie wiesz jak mnie ranisz. Kochałam Cię, a teraz... Nienawidzę. - przetłumaczyła słowo w słowo.
- Nie chciałam... - zaczęła ze łzami w oczach Casie.
- Wiem... To tylko przyjacielskie spięcie. - przytuliła ją Damaris.
- A was przepraszam... Nie chciałam, żeby tak wyglądało nasze pierwsze spotkanie. Naprawdę przepraszam... - i zaczęła szlochać w ramię pocieszycielki.
- Chodźmy do salonu. - zaproponowała uśmiechnięta Layla. Wszyscy przystali na tę propozycję.
 - No to... - zaczął chłopak w koszuli w kratę - Ja jestem Liam, to jest Niall, Louis, Zayn i Harry. - wskazywał po kolei na blondyna w błękitnej bluzie, chłopaka w koszulce w paski, chłopaka o czarnych włosach i w bejsbolówce i na lokowatego.  
- Miło nam poznać. Ja jestem Damaris, to jest Casandra, Layla, Ernie... A ta ckliwa to Nike. - wskazała na nadal smutną wtulającą się w nią Casie, Lay pomachała, a Ern skrzywiła się na samą myśl o swoim imieniu. Nagle usłyszeliśmy piosenkę Draw Yours Swords, a dochodziła ona ze schodów.
See her come down, through the clouds... - zaśpiewała smutno.
Wyszliśmy przed schody i spostrzegliśmy Nike siedzącą na najwyższym stopniu. Bujała się w rytm piosenki, a słone łzy wylewały się z jej dużych niebieskich oczu. Zapatrzona była przed siebie.
- I feel like a fool... - zaczęła śpiewać dalej, nie przerywając grać na gitarze - I aint got nothing left to give... Nothing to lose. - z oczu pociekło jeszcze więc kropel. Jej melodyjny, łagodny, wręcz idealny głos sprawiał, że po plecach przechodziły ciarki. Puste oczy wpatrzone w niewiadomy punkt były takie smutne.
- Ona wszystko tak przeżywa. Zobaczycie... - wyszeptała Ernie - Zobaczycie, jutro już jej nie poznacie.


So come on Love, draw your swords
Shoot me to the ground
 You are mine, I am yours
Lets not fuck around

Cause you are, the only one...


W tym momencie popatrzyła tak smutno na Casandrę... Wszystkim widząc jej oszklone oczy, też zrobiło się smutno... Podniosła się nie przestając grać i zaczęła powoli schodzić na dół. Stanęła na przeciwko Casie i zaśpiewała :

 Cause you are, the only one

I rzuciła się na nią.
- Jak ja cię kocham ! - wykrzyczała jej w ramię - Tak cholernie Cię kocham !
Casie tylko się uśmiechnęła i przytuliła ją jeszcze mocniej.
- Też cię kocham. - wyszeptała - Przyjaciółko.
Wszyscy zaczęli się rozchodzić, a przygłupi obiecali, że przyjdą jutro. Zawsze będą dla mnie przygłupami. Nawet jak się w którymś zakocham.
No właśnie... Blondynie.


***********************************************************************************
Draw Yours Swords - http://www.youtube.com/watch?v=bj905HtsB-g
Piękna piosenka. 
Zostaw komentarz !

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz